Szczegółowa relacja z fotowyprawy żaglowcem o czerwonych żaglach na Antarktydę w dniach 7-18 stycznia 2026 r. prowadzonej przez Daniela Kordana. Bez dwóch zdań był to jeden z najpiękniejszych wyjazdów w naszym życiu, bo Antarktyda jest absolutnie zachwycająca! W artykule znajdziecie dokładny opis rejsu: przygotowania, jego pełny przebieg, charakterystykę odwiedzonych miejsc, zestawienie kosztów oraz ponad 200 zdjęć.

Antarctica Red Sails z Danielem Kordanem.

Antarktyda: Biały Kontynent

Antarktyda to zupełnie wyjątkowe miejsce, niepodobne do niczego innego na Ziemi. Jest to kontynent niemal w całości pokryty lodem, bez krajów, bez miast i bez stałych mieszkańców. Antarktyda jest zarządzana wspólnie przez państwa, które mają prawo głosu w ramach systemu Traktatu Antarktycznego. Ma powierzchnię 14,2 mln km² i jest niemal dwukrotnie większa od Australii. Samodzielny wyjazd na Antarktydę jest w praktyce właściwie niewykonalny, dlatego aby tam dotrzeć należy dołączyć do zorganizowanej wyprawy i przedostać się tam albo statkiem przez Cieśninę Drake’a, albo samolotem z Ameryki Południowej. Nie istnieją komercyjne połączenia lotnicze, nie da się kupić biletów na stronie przewoźnika ani w kasach lotniska. Istnieją jedynie loty naukowe, wojskowe i czarterowe, więc turystyka antarktyczna może odbywać się jedynie w ramach lotów wynajętych przez organizatora wyprawy. Jedyną sensowną opcją zwiedzania i fotografowania Antarktydy jest dołączenie do wyprawy z ogarniętą logistyką: wynajętym statkiem, załogą oraz lotem.

Mapa Antarktydy: z lewej strony Półwysep Antarktyczny i Szetlandy Południowe.

Na kontynencie obowiązuje Traktat Antarktyczny (międzynarodowa umowa regulująca zasady funkcjonowania Antarktydy podpisana w 1959 r.) i każda działalność turystyczna musi spełniać restrykcyjne obostrzenia środowiskowe, więc państwa sygnatariusze wymagają, by ktoś brał formalną odpowiedzialność za turystów przybywających na kontynent. Ekstremalne warunki, nieprzewidywalna pogoda oraz brak zaplecza ratunkowego i medycznego sprawia, że podróż na własną rękę byłaby bardzo ryzykowna i trudna. A w praktyce, jeśli nie posiada się własnego statku, jest prawie niemożliwa.

Na wyspie King George Island na Archipelagu Szetlandów Południowych istnieje lotnisko, które obsługuje loty cywilne, dzięki czemu może tam wylądować chilijski samolot czarterowy. Jednak nie ma tu regularnej siatki połączeń, a lotnisko nie ma nowoczesnych systemów i pilot musi polegać na dobrej widzialności i własnych umiejętnościach manualnego lądowania. Istnieje jedynie żwirowy pas startowy o długości 1300 m i kilka budynków. O locie napiszę więcej w dalszej części.

Najpopularniejszą opcją jest podróż dużym statkiem wycieczkowym, która co prawda jest tańsza niż podróż małą jednostką w niewielkim gronie, ale znacznie bardziej skomercjalizowana i nie skoncentrowana bezpośrednio na fotografowaniu. Zdecydowaliśmy, że być może jest to nasz jedyny w życiu wypad na Antarktydę, więc warto zrealizować go inaczej, bardziej kameralnie i z nastawieniem na zdjęcia. Dlatego postanowiliśmy dołączyć do ekspedycji fotograficznej z Danielem Kordanem – jednym z najlepszych i najbardziej znanych fotografów pejzażowych na świecie, który organizuje tam kameralne grupowe rejsy żaglowcem pod szyldem Red Sails, w małym gronie kilkunastu osób. Z Danielem poznaliśmy się już wcześniej, przypadkiem spotykając się na jednym ze spotów w Japonii w ubiegłym roku. Ponadto obserwujemy się z nim nawzajem na Instagramie, więc kojarzyliśmy się od dość dawna.


Półwysep Antarktyczny – główny cel wypraw na Antarktydę


Głównym celem wypraw turystycznych na Antarktydę jest Półwysep Antarktyczny, który stanowi najłatwiej dostępny fragment Białego Kontynentu. Leży najbliżej Ameryki Południowej, co znacząco skraca zarówno klasyczny rejs morski, jak i coraz częściej stosowaną trasę lotniczą, pozwalającą ominąć Cieśninę Drake’a i szybko dotrzeć w rejon półwyspu. Ma to ogromne znaczenie logistyczne, obniża koszty oraz zmniejsza ryzyko związane z długą żeglugą przez wody polarne. Równie istotna jest jego wyjątkowa geografia: silnie rozczłonkowana linia brzegowa z setkami wysp, zatok i cieśnin tworzy naturalne, osłonięte akweny idealne do lądowań i rejsów pontonami. Góry wyrastające bezpośrednio z morza nadają temu obszarowi wysokogórski charakter. W przeciwieństwie do półwyspu, większość wybrzeża pozostałej części Antarktydy tworzą rozległe, monotonne lodowce szelfowe z niewielką liczbą dostępnych miejsc do zejścia na ląd. Dodatkowym atutem półwyspu jest relatywnie łagodniejszy klimat w porównaniu z resztą Antarktydy, co przekłada się na dłuższy sezon turystyczny i większą przewidywalność warunków. Obszar ten charakteryzuje się także znacznie większą koncentracją fauny, w tym pingwinów, fok i wielorybów. Dzięki temu na stosunkowo niewielkim obszarze można doświadczyć dużej różnorodności krajobrazów i przyrody. Połączenie dostępności, urozmaiconej linii brzegowej, bogatej fauny i korzystniejszych warunków pogodowych sprawia, że półwysep pozostaje najbardziej atrakcyjnym regionem Antarktydy dla wypraw turystycznych.


Przygotowania

Na dołączenie do wyprawy zdecydowaliśmy się kiedy Daniel był na Antarktydzie ze swoją grupą w lutym 2025 r. i wrzucał relacje na Instagram. Wówczas pomyślałem, czemu by nie spróbować tego egzotycznego kierunku. Mieliśmy na to środki i czas, więc decyzja była dość szybka. Zapytałem wówczas Daniela czy będzie organizował podobną wyprawę za rok. Odpisał po kilku godzinach, że będzie taki wyjazd realizował, i że zaprasza, więc od razu zaklepaliśmy miejsce dla nas. Cena była powalająca: 17900$ za osobę, ale stwierdziliśmy, że raz się żyje. Daniel dał nam friendly discount (1000$/os.), ale wykorzystaliśmy tę zniżkę na dopłatę do dwuosobowej kajuty na jachcie, aby mieszkać bez obcych osób. W marcu 2025 r. pojawiła się oficjalna oferta, więc się do niej dopisaliśmy i od tego czasu kontaktowała się z nami Valeria – dziewczyna z Iceland Photo Tours, biura turystycznego z Islandii, które formalnie tę wyprawę organizuje. Wpłaty realizowaliśmy w trzech ratach: 10.000$ w marcu, 10.000$ w maju i 15.800$ w sierpniu. Płatność odbywała się kartą pod wskazanym linkiem.

Przed wykupieniem wyprawy organizator zarekomendował nam wykupienie ubezpieczenia od rezygnacji z wyjazdu, bo gdyby coś się stało (choroba, problemy ze zdrowiem, cokolwiek) i nie moglibyśmy pojechać, to poniżej 180 dni od terminu wyprawy nie oddadzą nam żadnych pieniędzy. Koszt tej wycieczki był tak wysoki, że tylko w PZU udało nam się znaleźć ubezpieczenie pokrywające całą sumę: ubezpieczenie od rezygnacji z wyjazdu PZU Wojażer. Koszt takiego ubezpieczenia też nie mały: 7418 zł.

Tegoroczna wyprawa obejmowała dwie grupy, które zostały podzielone pomiędzy dwa jachty: Elsi i Tolkien, tak aby móc fotografować siebie nawzajem. Obydwa jachty to szkunery: dwumasztowe żaglowce, które zostały wyposażone w specjalny komplet ozdobnych czerwonych żagli, rozwijanych w najpiękniejszych miejscach Antarktydy. Żagle spełniały jedynie funkcję ozdobną, a ich jedynym celem było dobrze wyglądać na zdjęciach, bo oba statki posiadają silnik i to on był wykorzystywany jako napęd w trasie. W związku z tym, że jachty były dwa było również dwóch prowadzących – na naszym jachcie Elsi był Daniel Kordan, a na jachcie Tolkien był Armand Sarlangue, który zastąpił Alberta Drosa, który musiał zrezygnować z wyjazdu z powodów osobistych.

Przed dołączeniem do wyprawy zostawaliśmy poproszeni o zakup lotu nieco wcześniej oraz lotu powrotnego nieco później, aby być flexible w związku z możliwymi opóźnieniami. Postanowiliśmy zatem przylecieć aż ponad tydzień wcześniej (30 grudnia), dzięki czemu spędziliśmy kilka dni w Patagonii w Torres del Paine, powoli wprawiając się w nastrój. Właściwa część wyprawy na Antarktydę zaczynała się dopiero 6 stycznia w hotelu w Punta Arenas, gdzie spotkaliśmy się z naszą grupą, więc spędziliśmy ponad tydzień w Chile wybierając się na dwa konne rajdy oraz na kilka dni do Torres.

Ostatnią rzeczą, którą należało obowiązkowo dokupić było ubezpieczenie obejmujące Antarktydę. Nie jest to tak prosta sprawa jak z początku myślałem, bo żadna tradycyjna firma ubezpieczeniowa nie realizuje ubezpieczeń tego kierunku. Oddalenie, ogromne koszty oraz duże ryzyko sprawia, że operują na tym terenie jedynie nieliczni. Na Rankomacie nie ma nawet możliwości wyboru tego kontynentu, nie mówiąc już o warunkach ubezpieczenia. Szukając informacji natrafiliśmy na kilka opcji zagranicznych ubezpieczycieli, którzy specjalizują się w takich rzeczach. Wybraliśmy Antarktyda Global Rescue Membership. Co ciekawe towarzystwo działa w modelu subskrypcyjnym jak Netflix – opłacasz na konkretną ilość dni członkostwo w klubie, które obejmuje również ubezpieczenie. My wybraliśmy członkostwo na 14 dni, bo tyle obejmowało nasz wyjazd w całości.

Nie musieliśmy kupować żadnego wyposażenia specjalnego (odzieży, butów) – w zupełności wystarczył zwykły turystyczny strój, który nosimy na co dzień w góry. Potrzebowaliśmy jedynie ocieplanych kaloszy, które zapewniał organizator na jachcie. Rubber boots używaliśmy podczas wszystkich lądowań na wybrzeżu Antarktydy.


Loty do Chile i powrotne

Wyprawa na Antarktydę zaczyna się w Punta Arenas w Patagonii, w Chile. Kupiliśmy bilety z dwoma przesiadkami: Kraków – Paryż – Santiago – Punta Arenas. Dwa pierwsze loty (z Krakowa do Santiago) linią AirFrance, zaś lot z Santiago do Punta Arenas lokalną linią Latam. Znam te trasy bardzo dobrze, bo leciałem tymi połączeniami już wcześniej do Patagonii i na Atacamę. Powrót miał odbywać się taką samą trasą, ale w międzyczasie zmieniono nam już zakupiony lot na wariant: Punta Arenas – Santiago – Buenos Aires – Amsterdam – Kraków. W sumie droga w każdą stronę zajęła dwie doby, bo przez późne godziny lądowań byliśmy zmuszeni dwa razy nocować w Santiago.

Lot z Paryża do Santiago to najdłuższe połączenie lotnicze w ofercie AirFrance. Lot trwa 14,5 godziny.

Spotkanie z grupą i pierwszy briefing

6 stycznia o 15.00 oddajemy samochód, którym podróżowaliśmy po Chile i meldujemy się w hotelu Almasur w Punta Arenas w Chile. Początkiem wyprawy jest pierwszy briefing o 16.45, podczas którego spotykamy się z Danielem i poznajemy się z członkami naszej grupy. Przez około 1,5 godziny Daniel Kordan opowiada o realiach podróży na Antarktydę, bezpieczeństwie, omawia trasę, szkunery, którymi będziemy pływać, pokazuje najlepsze miejsca dla zdjęć. Wieczorem, o 20.00, odbył się welcome dinner, podczas którego lepiej poznaliśmy kilku członków naszej grupy, którzy siedzieli z nami przy stole. Cała komunikacja podczas wyjazdu odbywa się w języku angielskim, ponieważ uczestnicy pochodzą z całego świata: głównie z USA (prawie połowa grupy – 15 osób), ale również po kilka osób z Holandii, Meksyku, Australii, Chin oraz pojedyncze osoby z Argentyny, Francji, Włoch, Danii, Wielkiej Brytanii, ZEA, Rosji, Kanady.

Pierwszy briefing prowadzony przez Daniela.

Lot z Chile na Antarktydę

Główną zaletą naszej trasy jest fakt, że nie płyniemy przez Cieśninę Drake’a, tylko przelatujemy ją samolotem w niecałe 2 godziny. Jest to lot czarterowy, który realizują linie Antarctic Airways i nie jest to połączenie komercyjne. Lot odbywa się z Punta Arenas w Chile na lotnisko Teniente Rodolfo Marsh Martin Airport na Wyspie Króla Jerzego (King George Island), w archipelagu Szetlandów Południowych u wybrzeży Antarktydy. Trasa liczy około 1200 km i pozwala uniknąć męczącego rejsu przez Drake’a, dzięki czemu udaje się skrócić wyjazd na Antarktydę o kilka dni. Przygoda jest z związku z tym co prawda mniejsza i trwa krócej, ale pozwala być wypoczętym i bardziej skupić się na fotografowaniu, czyli tym po co głównie tu przyjechaliśmy. Lot jest planowany między godziną 7.00 a 12.00, następnego dnia i zależy od pogody, która musi być korzystna zarówno w Punta Arenas jak i na docelowym lotnisku na King George Island. Czekamy na potwierdzenie lotu aż do wieczora, bo bardzo często są opóźnienia związane z pogodą. Około 20.00 przychodzi spodziewane potwierdzenie i Daniel dał znać na naszej wyjazdowej grupie na whatsapp, że około 8.30 lecimy na Antarktydę! Radości niema końca, bo opóźnienia zdarzają się bardzo często i nie są niczym niezwykłym.

Musimy ograniczyć nasz bagaż, ponieważ limit bagażu rejestrowanego w samolocie na Antarktydę wynosi 20 kg. Zostawiamy w związku z tym część rzeczy potrzebnych w Patagonii w depozycie hotelu Diego de Almagro, gdzie zamieszkamy po powrocie z Antarktydy do Chile. Wśród zostawionych rzeczy jest namiot, gaz, karimaty, duży plecak i śpiwory, których nie będziemy potrzebować na Białym Kontynencie. Pozostałe rzeczy przepakowujemy do walizki i drugiego mniejszego plecaka, które nadamy jako bagaż rejestrowany na lotnisku. Sprzęt foto bierzemy ze sobą do samolotu jako bagaż podręczny.

Odprawa na stanowisku Antarctic Airways na Lotnisku w Punta Arenas w Chile.
Antarktyczne samoloty wymalowane w barwy pingwinów.

O 6 rano wyjeżdżamy z hotelu na lotnisko w Punta Arenas. Kierujemy się do odprawy na stanowiska z emblematem Antarctic Airways. Nasz bagaż rejestrowany był przekroczony o prawie 4 kg (23,8 kg), ale nas puścili. Trochę czepiali się o mój plecak że zbyt duży, ale jak powiedziałem, że mam tam samą elektronikę, to machnęli ręką i też mnie puścili. Po oddaniu bagażu oczekujemy na lot. Samolot ma tylko 85 miejsc, nie ma przydzielonych numerów – siada się według kolejności wejścia na dowolnych miejscach. W praktyce wszyscy lecą od razu na miejsca przy oknie, więc warto było ustawić się w kolejce wcześniej (tak też zrobiłem, więc mieliśmy niezłe miejsca).

Pingwinowe przekąski, czyli posiłek na pokładzie samolotu Antarctic Airways.

Startujemy o 9 rano, mamy około 30 minut opóźnienia. Lot w większości przebiega zupełnie nieciekawie, ponieważ po opuszczeniu chilijskich fiordów widoki na oknem są żadne, bo cała Cieśnina Drake’a jest przykryta gęstą warstwą chmur. Widoki pojawiają się dopiero tuż przed lądowaniem, gdy osiągamy wybrzeże Szetlandów Południowych. Po około 2 godzinach lotu lądujemy w surowym krajobrazie, pośród lodowców i łat śniegu, w miejscowości Villa Las Estrellas – niewielkiej chilijskiej osadzie cywilnej położonej na Wyspie Króla Jerzego. Powstała ona w latach 80. i funkcjonuje przy chilijskiej bazie Eduardo Frei Montalva. Po wyjściu z samolotu musimy zdezynfekować buty, a następnie busami zostajemy przewiezieni około 1 km dalej, do rosyjskiej stacji badawczej Bellingshausen Station, skąd zaczyna się nasza wyprawa.

Port lotniczy na wyspie jest jedyny w swoim rodzaju. Za terminal robią dwa namioty, nie ma stanowisk odprawy bagażu, nie ma check-in desku, nie ma niczego co znamy z tradycyjnych lotnisk. Po przylocie nie oczekujemy w hali przylotów, bo taka nie istnieje, tylko wysiadamy z autobusu bezpośrednio na plaży, gdzie biegają pingwiny i tu oczekujemy na rejs. Ostrzeżono nas, że tak to będzie wyglądać, dlatego ubraliśmy się ciepło.

Pierwsze spojrzenie na Antarktydę z samolotu. Po przylocie obowiązkowa dezynfekcja butów (standardowa procedura przy każdym schodzeniu na ląd na Antarktydzie).
Port lotniczy na Wyspie Króla Jerzego na Antarktydzie. Hala lotów mieści się w namiocie, a wewnątrz są jedynie krzesła i darmowa herbata.
„Hala przylotów” – oczekiwanie z bagażami na transport bezpośrednio na plaży.

Trasa rejsu

Wyprawa była podzielona na dwa główne obszary: Szetlandy Południowe (tu znajduje się lotnisko, na którym lądowaliśmy na King George Island) oraz oddzielony od Szetlandów Pd. Cieśniną Bransfielda Półwysep Antarktyczny.

Główną osią naszej wyprawy wzdłuż Półwyspu Antarktycznego była Cieśnina Gerlache, gdzie znajdują się najpiękniejsze miejsca do zdjęć. W ciągu kilku dni rejsu odwiedziliśmy w tym rejonie takie miejsca jak Trinity Island, Enterprise Island, zatoki Neko, Danco i Paradise, wąski kanał Lemaire oraz brytyjską bazę Port Lockroy, gdzie znajduje się najbardziej odizolowany od cywilizacji urząd pocztowy.

Natomiast w ramach Szetlandów Południowych odwiedziliśmy Livingston Island (wyspę gdzie spotkaliśmy słonie morskie i pingwiny), Half Moon Island oraz Yankee Harbour (wyspy z dużymi koloniami pingwinów).

Orientacyjna trasa naszego rejsu oraz główne odwiedzone punkty.

Bellinghausen Station: podział grup na dwa żaglowce

Na miejscu nasze grupy zostały podzielone na dwa jachty: Elsi i Tolkien. Bagaże są rozdzielane już na lotnisku w Punta Arenas, gdzie te, które pojadą na Elsi zostają oznaczone kolorowymi etykietami, dzięki czemu łatwo je później przydzielić na odpowiedni jacht. Generalnie tego pierwszego dnia w Bellingshausen mieliśmy kilka godzin przestoju, który wynika z potrzeby przewiezienia bagażu na jacht i ogarnięcia jakichś innych spraw organizacyjnych. W tym czasie odwiedziliśmy rosyjską Cerkiew Świętej Trójcy, która góruje nad stacją badawczą na niewielkim wzgórzu i pooglądaliśmy pingwiny skaczące do wody z dryfujących przy brzegu gór lodowych. Poznajemy też członków naszej załogi na Elsi: Kapitana Andrieja, przewodniczkę Marinę (prywatnie żonę kapitana), first mate Aleksieja, Kucharza Borisa i jeszcze dwóch facetów, których imion nie pamiętam. Okazuje się, że wszyscy są Rosjanami. Daniel Kordan jest Rosjaninem, to wiedzieliśmy, ale na miejscu okazało się, że organizuje wyjazd ze swoją załogą, która w całości składa się z Rosjan.

Rosyjska Cerkiew Świętej Trójcy na Wyspie Króla Jerzego na Antarktydzie.
Bellinghausen Station – rosyjska stacja badawcza: punkt startowy naszej wyprawy.
Jacht Tolkien oczekujący na nas na kotwicy i pingwiny wariujące na dryfujących górach lodowych.

Przenieśliśmy bagaże na ponton zodiak, którym w kilka minut dopłynęliśmy do jachtu, zacumowanego kilkaset metrów od brzegu. Jachty nie mogą podpłynąć do brzegu, bo nie ma tu żadnej przystani. Załoga wniosła nasze bagaże na pokład i mogliśmy wprowadzić się do kajuty, która była naszym domem przez następne 10 dni. Zamieszkaliśmy na jachcie Elsi, a druga grupa na jachcie Tolkien. Obydwa jachty to prywatne szkunery, które mają stalowe kadłuby, daleki zasięg i dają sporą autonomię, dzięki czemu świetnie nadają się do eksplorowania Antarktydy. Każdy jacht jest wyposażony w dwa zodiaki (sztywne pontony o dmuchanych burtach), które spełniają kluczową rolę w dotarciu do trudno dostępnych miejsc, nawigacji na płyciznach oraz do dotarcia tam, gdzie większy statek nie dopłynie, czyli prawie wszędzie. Antarktyda jest niemal całkowicie dzika, brak tutaj przystani i nabrzeży, więc bez zodiaków dopłynięcie gdziekolwiek byłoby niemożliwe. Po zakwaterowaniu na jachtach odbył się pierwszy briefing odnośnie życia na pokładzie oraz bezpieczeństwa.

Transport bagażu zodiakiem. Ten sztywny ponton o dmuchanych burtach będzie naszym główny środkiem transportu podczas wszystkich lądowań na lądzie na Antarktydzie.
Dwa jachty którymi będziemy się poruszać po Antarktydzie: Elsi (z lewej) i Tolkien (z prawej).

Wypływamy w rejs!

Wypływamy dopiero około 19.00 i kierujemy się w stronę Livinston Island, gdzie następnego dnia czeka nas pierwszy postój. Dzień kończy się na obserwacji dryfujących gór lodowych i majaczącego na horyzoncie pasma Tangra Mountains w ostatnich promieniach zachodzącego słońca.

Góry Tangra na wyspie Livingston Island – takie widoki podziwialiśmy w pierwszy wieczór na Antarktydzie.

Livingston Island – słonie morskie i pingwiny

Po krótkim śnie, trwającym nieco ponad 4 godziny, wstałem około 3, aby sfotografować Góry Tangra przed wschodem słońca. Są to wysokie skalne szczyty, niemal w całości nakryte lodowcami, które spływają aż do morza, opadające z Południowej strony Livingston Island w archipelagu Szetlandów Południowych. Około 4 rano pojawiło się piękne światło, które oświetliło szczyty.

Góry Tangra o niebieskiej godzinie (3 rano).

Około 9 rano dotarliśmy do Livingston Island – dużej wyspy w archipelagu Szetlandów Południowych, gdzie można w naturalnym środowisku podziwiać pingwiny białobrewe oraz słonie morskie południowe (mirungi). Nasz jacht zacumował około kilometra od brzegu. Tu przesiedliśmy się do zodiaka, do którego wcale nie było łatwo wsiąść przez dość duże fale. Dopłynięcie do brzegu zajęło nam kilka minut. Już z daleka było widać ogromne cielska słoni morskich oraz setki znacznie mniejszych pingwinów. Na plaży wylądowaliśmy nieco po godzinie 10 i do południa mieliśmy czas na fotografowanie zwierzaków.

Słoń morski to największy przedstawiciel gatunku fok na świecie, który regularnie korzysta z plaż na wyspie do odpoczynku i linienia. Samce mogą osiągać rozmiary nawet do 5-6 metrów długości, mają charakterystyczny trąbopodobny nos oraz są znacznie większe od samic. Dorosłe osobniki mogą ważyć nawet 4 tony (to tyle co 8 koni!). To był bardzo interesujący plener, szczególnie gdy na kilka minut odsłoniły się białe góry Tangra na horyzoncie. Przez około 2 godziny fotografowaliśmy zwierzęta na tle surowego krajobrazu, choć były tu głównie skały i piach, a śnieg i lód jedynie daleko na horyzoncie. Foki wylegiwały się na piachu, ale czasem dochodziło też do walk i były to najbardziej interesujące momenty do fotografowania.


Trinity Island – pierwsze spotkanie z Półwyspem Antarktycznym

U niektórych osób już pierwszego dnia w nocy zaczęła się choroba morska. Każdy uczestnik otrzymał zestaw woreczków na zawartość żołądka, które mieliśmy mieć w każdej kieszeni zawsze przy sobie. Marina w razie potrzeby ratowała lekami. Zakazane było zwracanie do toalety i za burtę. Agnieszka niestety cały poranek miała z głowy, a śniadanie z żołądka. Po powrocie z Livingston Island było jeszcze gorzej, bo ruszyliśmy w kierunku Trinity Island przez Cieśninę Bransfielda, która choć spokojniejsza od Drake’a, to również posiada spore fale. Ten przejazd liczy około 100 km i nieźle buja, więc czas spędziliśmy głównie w łóżku. Wyruszyliśmy tam około 13.00 i planujemy dopłynąć na wschód słońca około 2-3 w nocy. Cały ten czas mocno bujało, musiałem zabezpieczyć niektóre rzeczy w kajucie (np. statyw), który nocą przewalał się po całej półce. Moje samopoczucie również nie było najlepsze, ale obeszło się bez większych ekscesów.

Po ciężkiej nocy około 2-3 dotarliśmy do południowej części Trinity Island, gdzie spędziliśmy poranek, ale bez schodzenia z jachtu. Tutaj był czas na zdjęcia i latanie dronem. Dronami startowaliśmy bezpośrednio z pokładu, by polecieć ponad skały i góry lodowe. Trinity Island to niewielka, surowa wyspa u północno-zachodnich wybrzeży Półwyspu Antarktycznego, należąca do Archipelagu Palmera. Leży przy wejściu do Cieśniny Bransfielda, niedaleko szlaków, którymi porusza się wiele statków ekspedycyjnych, stąd bywa często odwiedzana po drodze. Zatrzymaliśmy się w dwóch zatokach – najpierw na wschód słońca, około godziny 3 rano, który fotografowaliśmy głównie dronami oraz długimi ogniskowymi.

Samotny pingwin białobrewy na dryfującej górze lodowej. Trinity Island, Antarktyda.

Następnie przemieściliśmy się na oddalonej o 1,5h drogi zatoki, gdzie zatrzymaliśmy się na kilka godzin. Tam załoga przygotowywała czerwone żagle, które planują następnego dnia postawić po raz pierwszy. Ta procedura zajmuje kilka godzin, dlatego my w tym czasie wybraliśmy się na niedługi, trwający około 1,5 godziny rejs zodiakiem dookoła zatoki, gdzie obserwowaliśmy przede wszystkim góry lodowe, foki, pingwiny (zarówno pływające jak i wspinające się po górach lodowych) oraz wieloryby.

Zwierząt było tu mnóstwo, ale najlepszy spektakl zrobiła uśmiechnięta foka lampart, do której podpłynęliśmy na bardzo bliską odległość (w pewnym momencie na chwilę zbliżyliśmy się na około 1-2 metry). Nasz egzemplarz wyglądał bardzo rozkosznie, leżała z zamkniętymi oczami i wyraźnym uśmiechem, który pokazywał jak bardzo ma na nas wylane. Ale wystarczyło, że foka otworzyła pysk by pokazać swoje groźne uzębienie, które przypomniało nam, że to jedna z najbardziej drapieżnych fok Antarktydy, która poluje nie tylko na kryl i ryby, ale również na pingwiny. W tym samym miejscu obejrzeliśmy sporo wielorybów, które pokazywały nie tylko swój grzbiet i strzelały głośnymi fontannami, ale również ukazały swoje fantastyczne ogony zanurzające się w wodzie. W pewnym momencie udało nam się sfilmować trzy wieloryby zanurzające się w ciągu kilku sekund w tym samym miejscu.


Enterprise Island

Nocą dopłynęliśmy do zatoki u wybrzeża Enterprise Island, gdzie znajdują się wraki statków i łodzi wielorybników. Wstajemy jeszcze przed wschodem o godzinie 1.20. Trwa właśnie piękna niebieska godzina, więc jest to doskonały czas na zdjęcia. Tutejsze skaliste wyspy niemal w całości są przykryte lodowcami, nawet te bardzo małe. Na jednej z nich leżą przysypane śniegiem 2 drewniane lodzie, które fotografujemy. Latamy tu również dronami, krajobraz jest bardzo surowy i pełen lodowego piękna. Około 3 wschodzi słońce, które bardzo powoli wyłania się zza horyzontu i oświetla najpierw jedynie czubki gór.

Zostaliśmy podzieleni na dwie grupy – pierwsza najpierw jedzie zodiakiem na wyspę z wrakami łodzii i spędza tam około 1,5 godziny. Druga w tym samym czasie udaje się na rejs zodiakiem dookoła wyspy Enterprise. My na szczęście jesteśmy w tej pierwszej grupie, więc podziwiamy wschód słońca z maleńkiego lodowca wieńczącego wysepkę. Następnie przesiadamy się do zodiaka i ruszamy w około godzinny rejs dookoła wyspy, gdzie oglądamy góry lodowe w pierwszych promieniach słońca. Pływamy tutaj wśród kry, z zachwycającymi widokami, a ja wciąż w duchu powtarzam sobie, że właśnie tak wyobrażałem sobie Antarktydę!

Nasza grupa na jachcie Elsi: Elisabeth, Kevin, James, Kapitan Andriej, Matt, Agnieszka, Ceirra, Veronica, Karol, David, Armand, Lily, DeTe, Gonzalo, Romain, Marina – żona kapitana, Vincent, Nduche.

Cieśnina Gerlache – najpiękniejszy szlak wodny Antarktydy

Gdy wracamy ze wszystkich wycieczek jest dopiero 6 rano. Planujemy w tym miejscu postój aż do popołudnia, aby odpocząć. Wyruszamy w dalszą trasę dopiero w porze obiadu. Droga do naszego następnego celu – Paradise Bay, wiedzie przez Cieśninę Gerlache, która oddziela Archipelag Palmera od Półwyspu Antarktycznego. Gerlache jest najlepszą i najpiękniejszą trasą jaką dotąd płynęliśmy na Antarktydzie. Po drodze mnóstwo górskich i wysokogórskich widoków, które zmieniają się co chwilę. Po obydwu stronach oglądamy wysokie g