Macie czasem takie wrażenie, że przyroda organizuje swój spektakl specjalnie dla was? Idziecie we mgle, w deszczu, w zamieci i… nagle niebo się rozstępuje, chmury szaleją na wietrze, krople błyszczą w promieniach zachodzącego słońca? I wkoło nie ma nikogo więcej, kto mógłby również podziwiać to, co przygotowała natura. Na pewno to znacie! Mnie także kilka razy się to przytrafiło. Uwielbiam te szczęśliwe zbiegi okoliczności. Dzięki nim powstało mnóstwo wartościowych zdjęć. Nigdy bym ich jednak nie zrobił, gdyby nie odrobina ryzyka, które czasem podejmuję będąc w plenerze.

 

Czasem warto zaryzykować podczas pleneru, czyli zrobić coś wbrew sobie i wbrew rozsądkowi:

-wybrać się podczas złej pogody

-przejść więcej niż się planowało

-zmoknąć

-zmieniać plan wyprawy

-pospieszyć się

-poświecić więcej czasu

-wydać więcej pieniędzy

Ale wtedy mnożą się pytania: czy warto? Czy to mi się opłaci? Czy zdążę?

Niestety prawda zwykle jest taka, że kto nie ryzykuje, ten nie zgarnia puli, kto nie gra ten nie wygrywa, i tak dalej… ale to truizmy.

 

Przygotowałem krótki subiektywny ranking kilku zdjęć, które nigdy by nie powstały, gdybym kiedyś nie zaryzykował, nie przemógł lenistwa czy zmęczenia i nie doświadczył dużej dozy szczęścia. I nie będą to zdjęcia które wymagały jedynie wczesnej pobudki czy zwykłego ruszenia się z domu, ale fotografie, które powstały dzięki wielu szczęśliwym splotom wydarzeń, dużej determinacji oraz odrobinie fartu.

1. Panorama z Okrąglicy. Trzy Korony, Pieniny, luty 2013 r.

Historia powstania tego zdjęcia jest naprawdę nierzeczywista, bo przeczy wszelkiemu rozsądkowi. Pogodę zapowiadano fatalną na cały wyjazd: całkowite zachmurzenie, intensywne opady śniegu, zamiecie i zawieje. Nawet najwięksi zapaleńcy raczej nie kwapią się do wyjścia podczas takiej pogody. Ale byłem w Pieninach pierwszy dzień i spragniony ruchu tylko dlatego postanowiłem jednak wybrać się na wschód słońca, którego miało nie być. Po nocnym marszu w świetle latarki dotarłem na polanę pod Okrąglicą, kiedy nagle nad horyzontem pojawiła się czerwona łuna. Pobiegłem więc co sił na punkt widokowy i moim oczom ukazał się ten piękny wschód słońca. Świeciło tylko kilka minut, a przez następne dni prawie nieprzerwanie sypał śnieg.

2. Chmura śniegowa na Kopie, Karkonosze, grudzień 2008 r.

Tego grudniowego dnia nic nie zapowiadało, że uda się sfotografować cokolwiek ciekawego, a już szczególnie jakiegokolwiek rarytasu. Cały dzień łażenia w zamieciach śnieżnych, śnieżycach, mrozie i mgle dał mocno w kość, bo przez kilka godzin obserwowałem tylko biel. Kiedy już zbierałem się do powrotu, postanowiłem wstąpić jeszcze na krótko do schroniska by się ogrzać. Ten pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę, bo gdybym zszedł od razu ominęła by mnie niezwykła atrakcja. Po wyjściu z budynku, w rejonie Kopy niebo nagle na chwilę się rozstąpiło ukazując ogromną chmurę, z której wciąż sypał gęsty śnieg. Zjawisko mogłem obserwować przez kilka minut. Po tym czasie niebo na powrót zamknęło się i ponownie we mgle mogłem wracać do domu. Jednak tym razem zadowolony, że udało się zobaczyć coś nietypowego.

3. Krwisty deszcz ponad Kotliną Jeleniogórską, sierpień 2014 r.

Jadłem właśnie kolację. Pogoda przez cały dzień była bardzo dobra, choć dla fotografów mało interesująca. Około 19 zobaczyłem na horyzoncie ciekawsze chmury i szansę na sfotografowanie fajnego zachodu. Szybka kalkulacja skąd najlepiej będzie go widać i ledwo dokończywszy jeść wsiadłem w auto i pojechałem w kierunku Góry Szybowcowej – wybitnego punktu widokowego w Górach Kaczawskich, gdzie do samego wierzchołka można dojechać samochodem. W drodze z niewinnych chmur rozpętała się konkretna ulewa. Kiedy dojechałem na szczyt deszcz właśnie przenosił się w głąb Kotliny, a dodatkowo do opadów dołączyły konkretne grzmoty. Kiedy wydawało się, że to już koniec atrakcji, zachodzące (tego dnia na czerwono) słońce rzuciło kilka swych promieni na chmury i padający z nich deszcz. Cała akcja zaowocowała jednym z najbardziej oryginalnych zdjęć Jeleniej Góry jakie udało mi się zrobić.

4. Tęcza na Velkym Kryvaniu, Mala Fatra, maj 2013 r.

W całej Europie pogoda w ten długi majowy weekend była fatalna – w Alpach nawrót zimy, mrozy i śnieżyce. W niższych górach rzęsiste opady deszczu. Mimo wszystko zdecydowałem się wyruszyć w Małą Fatrę na Słowacji. Pogoda była bardzo zmienna, na przemian lało i się przejaśniało. Zmoczeni i zmęczeni doszliśmy w rejon przełęczy Bublen, gdzie rozbiliśmy namiot. Pogoda wtedy nieco się poprawiła, ale dalej była niepewna. Mimo to postanowiłem się wybrać na zdjęcia na pobliskie pagórki. Szedłem od górki do górki, aż w końcu dotarłem w rejon kulminacji Małej Fatry – Velkeho Kryvania. Wlazłem na szczyt i wtedy zaczęło padać. A że padało prawie z czystego nieba, nad górami wystrzeliła piękna półokrągła tęcza. W całości było ją widać z tego jednego miejsca. Oprócz mnie nie było w rejonie nikogo. Był to również koniec dobrej pogody, która przeistoczyła się w biblijnych rozmiarów 24 godzinną ulewę.

5. Zachód słońca na Šeráku, Hruby Jesenik, czerwiec 2009 r.

Hruby Jesenik – najwyższe pasmo górskie na Morawach, zaoferował mi jeden z pierwszych fenomenalnych spektakli jakie fotografowałem. Był to też jedyny dzień, kiedy pogoda w górach była AŻ TAK zmienna. Ilość niezwykłych zjawisk tego dnia była naprawdę imponująca i ciężka do pojęcia. Dzień zaczął się od opadów deszczu, potem to się przejaśniało, to znów padało. W międzyczasie był jeszcze grad, pioruny, konkretna śnieżyca na Keprniku, po południu kilkukrotnie piękna tęcza, a wieczorem… no właśnie. Ten zachód był niesamowity. Bardziej niesamowitego nie widziałem ani wcześniej, ani później. Jeszcze chwilę przed 21 lał deszcz. Nocowaliśmy na dziko w górnej stacji kolejki linowej na Šeráku. Lał deszcz, a termometr wskazywał +1 stopień ciepła (w połowie czerwca). Siedzieliśmy już w śpiworach i mieliśmy otwierać butelczynę na rozgrzanie, gdy nagle gęsta mgła ustąpiła a świat zaróżowiał. Owocem rozpogodzenia był piękny mglisty, czerwony zachód, przy wciąż padającym deszczu. Gdybym tylko był w odrobinę innym miejscu prawdopodobnie nawet bym go nie zauważył.

6. Panorama ze Skrajnego Granatu, Tatry, lipiec 2009 r.

To był 12 dzień wędrówki po Tatrach, byłem już zmęczony. Poszedłem więc samotnie na krótką, ale efektowną trasę – ostatni odcinek Orlej Perci od Skrajnego Granatu po Krzyżne. Wyszedłem ze schroniska o 5.50. Pogoda jednak była fatalna, nie zachęcała do spaceru choćby nad brzeg stawu. Mgła, zimno, a o szczytach można było w ogóle pomarzyć. Ale co to dla mnie? Poszedłem żółtym szlakiem na Skrajny Granat (2225m). Po dwóch godzinach stanąłem na wierzchołku. Dalej zimno, dalej mgła, widoczność na 10 metrów… Wtedy jednak, jakby specjalnie na moje życzenie – zaczęło się przejaśniać. Mgła zatopiła doliny, wyszło słońce, skalne zerwy ukazały cały swój majestat. Stałem na Skrajnym Granacie, który słynie z rozległej i bardzo oryginalnej, „nieobfotografowanej” panoramy, by przez 20 minut podziwiać niesamowity spektakl światła i chmur. Byłem całkiem sam (o 8 rano zwykle nikogo na szczytach nie ma), nie było wiatru, cisza aż dzwoniła w uszach! Dalszą trasę przeszedłem także sam, nawet na przełęczy Krzyżne, która słynie z tłoku nie spotkałem nikogo. Pierwsi piechurzy minęli mnie dopiero na dnie Pańszczycy. Piękny to był poranek.

7. Śnieżka, grudzień 2013 r.

Ta fotografia jest owocem prawdziwego farta i determinacji. Po uroczystej imprezie dla Przewodników Sudeckich PTTK nie spałem w nocy ani minuty. Zamiast ciepła kołdry po nocnej zabawie wybrałem góry – wychodząc ze schroniska już po godzinie 4. Szedłem po ciemku we mgle, tylko w towarzystwie światła latarki. Wybierałem się na Studnicni horę, ale pokonały mnie zaspy – za Lučni boudą zapadałem się w śnieg prawie po pas. Chodzenie w takich warunkach nie jest możliwe. Zawróciłem więc i zrezygnowany wracając do schroniska postanowiłem jeszcze podejść w rejon Śnieżki, bo wydawało mi się, że przez chwilę mrugnęło mi przed oczami jakieś przejaśnienie. Dochodząc w okolicę Śnieżki (we mgle nie miałem pojęcia, że jestem już blisko) mleko nagle zupełnie się rozstąpiło, a niebo zaróżowiało. Nie było tam nikogo, więc spektakl oglądałem sam – lubię takie niespodzianki. Trwało to kilka minut, po czym znów się zachmurzyło.

 

Podobnych zdjęć, wykonanych w niezwykłych okolicznościach na pewno będzie coraz więcej, czego Wam i sobie szczerze życzę!


5 Comments

~wojtas z digartu · Październik 4, 2014 o 7:57 pm

Jak zwykle kozak. Nie dość, że świetny fotograf to również coraz bardziej wytrawny bloger 😉

~Karolina · Październik 5, 2014 o 7:10 pm

takie zdjęcia, że aaaach!… uczta dla oczu… 🙂 i bardzo ciekawy post!

~Maciek we Francji · Październik 6, 2014 o 6:47 pm

Cudne fotografie, artystyczne bardzo. Fantastyczne przestrzenie i panorama gór. Serdecznie z francuskiej emigracji

~Adam · Październik 6, 2014 o 7:55 pm

Jeżeli dwoje ludzi się kocha to jest to przestępstwo? więc czemu facet z facetem to norma a kuzyn z kuzynką to zbrodnia? czyżby PO dołączyło do terlikowskiego i innych POprawiaczy NATURY? http://www.almoc.pl/img.php?id=2228

~Natalia · Październik 7, 2014 o 10:54 am

Ciekawy blog 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *